Listopadowa noc. Miasto spowite ciemnym blaskiem ciszy. W jednym z okien warszawskich kamienic nieśmiało pobłyskuje figlarne światełko, a w pokoju majestatycznie rozbrzmiewa stukot i szelest papieru. W powietrzu unosi się woń atramentu.
– Czas naładować baterie, Adamie – pomyślał pisarz, wstając od biurka. Przetarłszy senne powieki, opuścił pracownię.
– To powinno pomóc – stwierdził w duchu.
Znalazłszy się w kuchennym aneksie z uśmiechem na ustach, otworzył półkę znajdującą się naprzeciw. Wyciągnął z niej niewielkie pudełeczko i energicznym ruchem uniósł szklankę. Z chirurgiczną precyzją napełnił ją dwiema łyżeczkami czarnego proszku. Uniósł czajnik – i nagle, wyrwany przez złowieszcze pohukiwanie, podskoczył do góry niczym trampolina. Nerwowym wzrokiem omiótł pomieszczenie, jednak nie znalazł źródła tajemniczego dźwięku.
W tym samym czasie – pokój Zuzanny. Kobieta wyrwała się nerwowo ze snu. Na jej licu malowała się osobliwa mieszanka purpury i bieli. Wyskoczywszy z łóżka, wsunęła kapcie i widmowym, miękkim krokiem zwlekła się na dół. Stanąwszy w kuchennych drzwiach, zmarszczyła ze złości brwi, obserwując Adama krzątającego się po kuchni.
– Adamie, co tak skaczesz? Chcesz obudzić małą? – spytała podfruwajka z irytacją.
Na jej widok Adam zastygł z przerażenia w bezruchu, a jego twarz nabrała trupio bladych odcieni. Nastała niezręczna cisza. W głowie pisarza kłębiły się setki pytań. Nie wypowiedział ich na głos, bowiem nie chciał być nietaktowny.
– Ducha zobaczyłeś? – spytała z przekąsem dzieweczka, przerywając niezręczne milczenie.
– Em, nie… – zająknął się, urywając. Nie wiedział, co odpowiedzieć. – Zaschło mi w gardle – rzucił po chwili od niechcenia. Na jego twarzy malował się wyraz zawstydzenia.
– Dobra, nie ściemniaj – rzekła z zadziornym uśmiechem, oplatając figlarnie wokół palców loki. – Zbyt dobrze cię znam – dodała z przekąsem, rozpłynąwszy się w powietrzu niczym mgiełka.
– Wrzuć na luz, kolego – pomyślał, przecierając oczy ze zdziwienia. Drżącą dłonią podniósł kubek.
– Czegoś mi tu brakuje… – pomyślał, zmarszczywszy brew.
– Wiem – mruknął pod nosem.
Po chwili wyciągnął z szuflady dorodną cynamonową pałkę. Umieścił ją na desce i zaczął zaciekle siekać. Chciał dać upust swoim emocjom.
– Au! – wrzasnął donośnie, gdy nóż prześliznął mu się po dłoni, zostawiając głęboką, krwawiącą obficie ranę.
W tym samym czasie, gdzieś w Grabkowicach, młoda kompozytorka poczuła silne szarpnięcie, jak gdyby niewidzialne ostrze przecięło jej skórę.
– Co do cholery? – pomyślała ze zdziwieniem, dostrzegłszy krew ściekającą obficie z jej dłoni na klawisze pianina.
Tymczasem w domu Adama mężczyzna skierował się do łazienki, by opatrzyć skaleczenie.
– Co do cholery… – wrzasnął.
Poczuwszy pieczenie i ucisk, miał wrażenie, jakby niewidzialny wąż oplatał jego dłoń. Dziewczyna pieczołowicie owijała dłoń bandażem. Nim Adam zdążył opatrzyć ranę, dostrzegł, że ta – przed momentem jeszcze obficie krwawiąca – nagle przestała.
– Ciekawe – pomyślał, zmarszczywszy brew ze zdziwienia i ekscytacji, po czym zawrócił do kuchni.
– No pięknie – rzucił z irytacją, zbliżywszy się do deski.
Posiekany cynamon mieszał się z purpurą, która przed momentem wyciekła z jego dłoni.
– Cóż… – westchnął z obrzydzeniem, wsypawszy wszystko do kubka. Żal było mu wyrzucić tyle aromatycznej przyprawy. Zaczerpnął łyk napoju i udał się z powrotem do pracowni.
Stanąwszy przed drzwiami, uchylił je łagodnym ruchem i niczym węgorz wślizgnął się do pomieszczenia. Usiadł do biurka i kontynuował pisanie powieści.
Po pewnym czasie ponownie usłyszał tajemnicze pohukiwanie. Nerwowym spojrzeniem omiótł pomieszczenie. Przez moment zawisło ono na tarczy antycznego zegara.
– Niesamowite… – westchnął, zamyśliwszy się przez moment.
Wskazówki urządzenia wybiły w punkt 1:11. Stan ten nie trwał długo, bowiem mglisty dźwięk pohukiwania nie ustawał. Zaintrygowany mężczyzna wstał od biurka, aby znaleźć jego źródło. W pewnym momencie zbliżył się do okna. Energicznym ruchem odsłonił starą zakurzoną roletę.
Ku jego zdziwieniu na parapecie siedziała śnieżnobiała sowa, wpatrując się w niego milczącym, figlarnym, szmaragdowym spojrzeniem.
– Co do diaska? – mruknął, przetarłszy oczy ze zdziwienia.
Kiedy spojrzał ponownie – już jej nie było.
– No koleżko, czas się kimnąć – pomyślał, przekonany, że sowa była wytworem jego przemęczonej wyobraźni.
Odziawszy pidżamę, legł na starym, zakurzonym, zatęchłym tapczanie znajdującym się w koncie pomieszczenia. Po chwili w pomieszczeniu rozległo się ciche chrapanie – młody pisarz odpłynął nieświadom do krainy szmaragdowego śnienia.
– Chodź za mną, chodź za mną, Adamie… – po chwili usłyszał cichy, melancholijny szept. Rozejrzał się dookoła, lecz nie dostrzegł jego źródła.
W pewnym momencie zauważył srebrno-różową mgiełkę przenikającą leniwie przez drzwi pomieszczenia. Tajemniczy opar pozostawiał za sobą smugi w kształcie ognistych, figlarnych nutek, które pachniały jaśminem. Adam obserwował to zjawisko z mieszaniną hipnotycznego zauroczenia, lęku i dezorientacji.
Po chwili w eterze znów rozbrzmiało cichutkie wołanie.
– Co ty wyprawiasz… – pomyślał, zwlókłszy się z posłania. Zatrzymał się na moment.
– Raz się żyje – rzucił od niechcenia. – Łap nutki, póki tańcują – dodał z drwiącym uśmiechem i ruszył za tajemniczym szeptem prowadzącym na dół.
Znalazłszy się na parterze, głos znikł. Po chwili mężczyzna znów ujrzał tajemniczą mgiełkę opuszczającą jego mieszkanie. Pospiesznie odział ubranie i wybiegł za nią na zewnątrz. Po niespełna paru minutach mgiełka znikła.
Adam pozostał sam w wąskiej, ciemnej uliczce. Głowę mężczyzny oświetlał wątły neon latarni.
– Bez sensu… – pomyślał zirytowany. Już miał zawrócić w stronę domu, gdy jego nozdrza wypełniła subtelna woń jaśminu. Zaintrygowany ruszył jej śladem.
Z każdym krokiem stawała się coraz bardziej wyrazista.
– Co do srebrzystej nutki się tu odtańcowuje… – pomyślał z mieszaniną zaciekawienia i irytacji, dostrzegłszy pokaźny billboard.
W jego centrum znajdowała się kobieta otoczona neonowym sercem z motyli w kształcie nutek. Na dole baneru przepływał napis:
„Splot Dusz – 1.05.2026 – Zuzanna G: Zimowa Sowa Melancholii”.
– Phi, typowa zuzowatość – pomyślał pisarz. – Dobrze znam takie Zuzki – dodał z szyderczym uśmiechem.
– Co jest…? – zamyślił się przez moment. Zdawało mu się, że kobieta puściła do niego oko. Po chwili na billboardzie usiadła sowa, wpatrując się ironicznie w Adama szmaragdowym, figlarnym spojrzeniem.
– Nic o mnie nie wiesz – po chwili w jego głowie rozbrzmiał melancholijny, szczebiotliwy głosik.
– Stul dziób! Ty wredna, mała, irytująca, upierzona poducho! – wrzasnął mężczyzna, wygrażając niemrawo palcem sowie w nadziei, że ten irytujący głosik zniknie.
Był w błędzie. Z każdą sekundą stawał się coraz wyraźniejszy. W pewnym momencie narósł do tego stopnia, że mężczyzna wyrwał się ze snu.
– Co do szkarłatnej woni jaśminu tu się odnutkowuje…? – pomyślał, rozejrzawszy się po pomieszczeniu.
– To wszystko było tylko snem? – mruknął mężczyzna. Na jego twarzy znajdowała się osobliwa mieszanina rozczarowania i ulgi.
Odziawszy ubranie, opuścił pracownię. Po chwili znalazł się w kuchni. Ospałym ruchem dłoni uchylił drzwiczki szafki i wyciągnął z niej pudełeczko, na którego wieczku widniał napis: „Ognista Mgiełka”.
– Co do puchatej poduchy… – rzucił ze zdziwieniem, zanurzywszy łyżeczkę w jego wnętrzu.
Wraz z czarnym, aromatycznym proszkiem wyciągnął białe, puszyste pióro, z którego unosiła się delikatna woń jaśminu. Gdy je dotknął, w jego głowie rozbrzmiał melancholijny głos szepczący enigmatycznie:
– Podążaj za znakami… „Splot Dusz”…
Po chwili przed jego oczami zaczęły tańcować figlarne, ogniste nutki, układając się w mglisty obraz młodej dziewczyny grającej dźwięki na pianinie. Natężenie melancholii było tak silne, że nie wytrzymał. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i osunął się na podłogę.
Nim całkiem stracił kontakt z rzeczywistością, znów ujrzał sowę:
– Grabkowice, Zuzanna… – szeptała enigmatycznie.
– Ty… wredna… poducho… – wycedził urywanym głosem, tracąc kontakt z rzeczywistością.
– Muszę ją odnaleźć… – pomyślał, a ta myśl zatańczyła w jego głowie jak płomyk w mroku.
Potem spowiła go skrzydlata ciemność.
